|
Drodzy wolontariusze,
zapraszamy do przeczytania zwycięskiej pracy nadesłanej na nasz Konkurs Literacki! Jej autorką jest Wiktoria Kotwicka. W nagrodę Wiktoria otrzyma torbę z kultowym stowarzyszeniowym jeżem i będzie zwolniona z opłaty rejestracyjnej z sezonie 2012!
Gratulacje!
Dzika plaża, rowery, zakwasy, szlifowanie drewna, wschody słońca, szaleni Włosi - worek ze wspomnieniami z workcampu w Estonii
Bum-cyk, bum buuum, buuum ! WAAAAAAAAAAKE UPPPP! Jedno oko już otwarte, drugie mimo szczerej niechęci powoli się otwiera. Dobiegają mnie dźwięki muzyki techno łączonej na full i głosu krzyczącego z uroczym rosyjskim akcentem, żeby wstawać. Patrzę na zegarek- 7:05. Zaczynam coś niewinnie marudzić po polsku, kiedy przypominam sobie, że obok mnie leży Francuzka - Julie, a za ścianą, w drugiej komorze naszego namiotu, Włoszka i Rosjanka. No tak, przecież jestem na workcampie w Estonii!
Nie było łatwo znaleźć workcamp ze względu na mój wiek. Mam 17 lat. Kiedy przeczytałam artykuł o workcampach w jednej z lokalnych gazet, nie mogłam przestać myśleć o takiej formie spędzania wakacji. W końcu zalogowałam się na stronę. 17 lat, język angielski, kocham fotografię i sport. Nie, nie byłam jeszcze na żadnym workcampie, brak doświadczenia. Tak mniej więcej rysował się mój profil. Wyszukiwarka wyrzuciła mi ok. 20 ofert. Pośród nich TA. Estonia, 15-20 lat, ekologiczny, przewidziane różne formy aktywności sportowej, 2 km od morza. Czyż nie brzmi zachęcająco? Od razu wiedziałam, że to coś dla mnie. Kiedy dowiedziałam się, że się dostałam byłam przeszczęśliwa.
To miał być mój pierwszy lot samolotem. Trochę się obawiałam. Kiedy kuzyn odwoził mnie na lotnisko płakałam. Zastanawiałam się jak sobie poradzę, jak odnajdę się w obcym miejscu z ludźmi, których kompletnie nie znam. Przelot przebiegł bez komplikacji, opuszczałam pochmurną Warszawę, Tallin przywitał mnie bezchmurnym niebem i słońcem. Po wyjściu z lotniska pozostało mi tylko wziąć taksówkę i dojechać na miejsce wskazane w skrupulatnie przygotowanym informatorze. Kompletnie osłupiałam, kiedy taksówkarz poinformował mnie, że adres, który mu podałam nie istnieje. Myślałam, że się zaraz rozpłaczę. Mężczyzna zasugerował, żebym zadzwoniła do organizatora i zapytała jeszcze raz o adres. Pozostając w szoku wykonałam telefon. Za 15 min do okienka taksówki, która zatrzymała się na stacji benzynowej zapukała miła blondynka, która przedstawiła się, jako mój camp leader i przeprosiła za całe zamieszanie. Okazało się, że szkoła, w której mieliśmy się spotkać znajduje się w dość dziwnym miejscu i taki problem, jak mój spotkał już dziś dwie osoby. Uspokoiłam się. Po krótkiej, acz bardzo przyjemnej pogawędce z Kristi, (tak bowiem nazywała się młoda Estonka, nasza camp leaderka) dotarłyśmy do celu. Tam przywitałam się z pozostałymi uczestnikami workcampu. Następnego dnia autobus zabrał nas do miejsca, gdzie miałam spędzić dwa kolejne tygodnie - Novy, małej nadmorskiej wioski. Prawdziwa przygoda miała się dopiero zacząć.
Pięciu szalonych Włochów, beztroska i urocza Francuska, dwóch ciekawych wszystkiego co europejskie i spełniających stereotyp „Azjaty z aparatem fotograficznym” bardzo miłych Tajwańczyków, Rosjanie, którzy dziwili się, że papierosy są tu takie drogie, Francuz, który znał 3 słowa po angielsku, piękne Angielki, rudy Irlandczyk, skromny Turek, wysportowana i opalona Włoszka. Wszyscy inni, a jakże podobni, połączyły nas chęci współpracy i dialogu, miłość do sportu, ciekawość i chęć poznania naszych kultur i obyczajów. Myślę, że miałam ogromne szczęście, ze trafiłam właśnie na taką grupę. Dogadywaliśmy się wspaniale. W wolnym czasie graliśmy w karty i nieznaną mi dotąd grę jungle speed. Dużo rozmawialiśmy.
Praca nie była ciężka. Chłopaki budowali krzesła w pobliskiej stolarni, a dziewczyny wykonywały zabawki i inne potrzebne rzeczy z drewna dla dzieci z tamtejszej wioski. Sprzątaliśmy plażę. Sporo naszego czasu poświęcaliśmy na sport. Nasz trener i kierownik obozu, dwumetrowy Roman, który prawie nie znał angielskiego, kochający pracę z młodzieżą, mieszkający w przyczepie campingowej na plaży, codziennie po skończonej pracy zarządzał nam rozmaite zajęcia. Graliśmy w rugby w morzu, w siatkówkę na rozpalonym przez słońce piasku dzikiej plaży, w piłkę nożną (koło naszego namiotowiska była szkoła i boisko), jeździliśmy na rowerach, pływaliśmy łódką (na plaży znajdowały się sprzęty do naszej dyspozycji), zorganizowaliśmy bieg na orientację, krótki rajd rowerowy. Codziennie rano biegaliśmy 2 km nad morze. Wschody słońca, kąpiel w lodowatej wodzie, a w koło nas pustka i szum fal. Zdecydowanie zakochałam się w pięknie i ciszy Novy, w dzikiej plaży, gdzie nikogo nie spotykaliśmy, w ludziach, z którymi spędziłam 2 najpiękniejsze tygodnie tych wakacji.
Wiktoria Kotwicka
|